47-letni Marc Wright z USA był strażakiem przez 25 lat. Prawie połowę swojego życia poświęcił na ratowanie ludzi.

Jednak cena, jaką zapłacił za wykonywanie wymarzonej pracy była straszna. W wieku 44 lat Mark dowiedział się, że ma raka. Rak jest najczęstszą przyczyną śmierci strażaków, którzy często są narażeni na działanie skażonych azbestem i wysoce toksycznych środowisk podczas swoich misji. Podczas akcji pochłaniają też wiele szkodliwych substancji, które poważnie wpływają na ich zdrowie.

Niemniej jednak mężczyzna był pełen nadziei i rozpoczął walkę z chorobą. Został zoperowany, a lekarze usunęli z jego jelit guza wielkości piłki tenisowej. Przeszedł również chemioterapię i ponownie zaczął żyć prawie normalnie, gdy znowu pojawiły się złe wieści. Jego jelito było teraz wolne od raka, ale nowotwór przeniósł się na wątrobę.

Choć ta informacja była druzgocąca, Mark nie miał zamiaru się poddać. W ciągu ostatnich kilku lat przeszedł ciężkie, bardzo bolesne i odporne na chemię czasy, ale nawet przy całej swojej woli przeżycia nie udało się wygrać. Rak powrócił w sumie cztery razy i teraz ”siedział” już w płucach, wątrobie i węzłach chłonnych.

Strażak wiedział, że bezlitosna choroba mu nie odpuści. Zdał sobie sprawę, że nadszedł czas, aby ustąpić z placu boju i spędzić tyle czasu, ile to możliwe, z ukochaną. Leżąc w szpitalnym łóżku, zaśpiewał dla niej ostatnią piosenkę:

Marc Wright zmarł rankiem 29 stycznia 2018 r. w otoczeniu rodziny i przyjaciół.

Cóż za wzruszające pożegnanie! Spędził życie pomagając innym, za co należy mu się ogromny szacunek i podziw!

Źródło: facebook.com